Talibowie a 11 września - niesłuszne oskarżenia o związki z zamachami

Zamachy terrorystyczne przeprowadzone 11 września 2001 r. w USA przez Al-Kaidę stanowiły początek końca pierwszych rządów talibów w Afganistanie, trwających od 1996 roku. Pomimo, iż przywódca organizacji mułła Omar i jego ludzie nie mieli nic wspólnego z ogromnym dramatem, który wydarzył się w Stanach Zjednoczonych, szybko stało się jasne, że talibowie zostaną pociągnięci do współodpowiedzialności przez administrację George`a W. Busha.

Bliskie związki talibów z Al-Kaidą

Talibowie od 1996 r. pozostawali w bliskich relacjach z organizacją Osamy bin Ladena, jednak była ona dość specyficzna. Międzynarodowa izolacja Afganistanu powodowała, że kraj targany był coraz większą biedą, co w przyszłości mogłoby doprowadzić do wybuchu rewolucji społecznej przeciwko rządowi talibów. Z kolei Al-Kaida, najpotężniejsza organizacja terrorystyczna końcówki XXI wieku potrzebowała do dyspozycji terytorium, gdzie jej dowództwo i bojownicy przez nikogo niepokojeni mogliby przygotowywać się do prowadzenia działań w ramach "świętej wojny" przeciwko Zachodowi.

Osama bin Laden, niezwykle bogaty Saudyjczyk, posiadał wszystko to, czego potrzebowali talibowie, aby ich rządy w Afganistanie mogły przetrwać: przede wszystkim pieniądze. Głównie z powodów finansowych, a mniejszym stopniu ze względów ideologicznych, mułła Omar zaakceptował nawiązanie współpracy z Al-Kaidą.

Z czasem talibowie stali się jednak zakładnikami coraz bardziej pewnego siebie Osamy bin Ladena. Ku ich narastającemu przerażeniu, z biegiem czasu członkowie Al-Kaidy zaczęli popełniać coraz większą liczb okrucieństw przeciwko miejscowej ludności, co powodowało, że talibowie cieszyli w kraju niską popularnością. Stawało się coraz bardziej jasne, że w każdej chwili w Afganistanie może wybuchnąć bunt społeczny.

Mimo tego, iż talibowie mieli już dość panoszących się po kraju członków Al-Kaidy, nie zrobiono praktycznie nic, co by ukróciło poczynania bin Ladena i jego ludzi. Co więcej, terroryści mieli realny wpływ na podejmowanie ważnych decyzji przez talibskich przywódców. Prawdopodobnie to sam Osama bin Laden przekonał talibów do zniszczenia gigantycznych posągów Buddy w prowincji Bamjan, będącymi jednymi z najbardziej czczonych obiektów wśród buddystów.

Prawdopodobnie talibowie nigdy nie byli świadomi tego, że goszczący w ich kraju Osama bin Laden i jego ludzie przygotowują się do przeprowadzenia najkrwawszego zamachu terrorystycznego w historii świata, w którym śmierć poniosło prawie trzy tysiące ludzi. W każdym bądź razie nigdy nie pojawiły się jakiekolwiek dowody potwierdzające, że współuczestniczyli oni w planowaniu i przeprowadzeniu akcji terrorystycznych, za które obciążono odpowiedzialnością Al-Kaidę.

Brak zainteresowania talibów prowadzeniem wojny przeciwko Zachodowi

Celem pierwszych rządów talibów było tylko i wyłączne utrzymanie władzy w Afganistanie, w którym narzucono surowe islamskie prawo szariatu, pozbawiając mieszkańców krajów - a zwłaszcza kobiety - podstawowych praw człowieka. Nigdy nie podejmowano działań, które by miały zaszkodzić mieszkańców Europy i USA.

Jedynymi krajami, których nie akceptowali talibowie byli Izrael oraz Iran - wobec tych pierwszych nigdy nie podjęto żadnych wrogich działań. Zgoła odmiennie sytuacja wyglądała w sprawie Iranu - we wrześniu 1998 r. Afganistan znalazł się na skraju wojny z sąsiednim Iranem po tym, gdy znaleziono ciała dziewięciu dyplomatów, pracujących w irańskim konsulacie w Mazar-i-Szarif, w mieście nad którym od kilku tygodni kontrolę sprawowali talibowie.

Sami Afgańczycy nigdy nie mieli wiele wspólnego z Al-Kaidą, nigdy nie tworzyli i nie włączali się w jej struktury. Nie brali udziału w żadnym z dużych zamachów na Zachodzie. Mimo tego talibowie znaleźli się na celowniku społeczności międzynarodowej jeszcze przed zamachami z 11 września. 7 sierpnia 1998 r. w stolicy Kenii Nairobi i tanzańskim Dar es Salaam doszło do krwawych ataków terrorystycznych Al-Kaidy na amerykańskie ambasady, w których zginęło ponad 200 osób. Pomimo międzynarodowych nacisków, talibowie odmówili wydania osób podejrzanych o przeprowadzenie zamachów na amerykańskie placówki dyplomatyczne stwierdzając, że Osama bin Laden jest gościem w ich kraju i nie podejmą żadnych działań przeciwko niemu.

Zbytnia uległość talibskich przywódców wobec Al-Kaidy spowodowała, że społeczność międzynarodowa oba niezależne od siebie ruchy zaczęła traktować jako jedną całość, co nie miało żadnego pokrycia w faktach. O ile organizacja Osamy bin Ladena, mając swoją główną bazę w Afganistanie faktycznie chciała prowadzić krwawą wojnę z Zachodem, o tyle talibowie byli głównie skupieni na trudnej wewnętrznej sytuacji, gdzie największym wyzwaniem dla nich był postępujący głód wśród Afgańczyków z powodu katastrofalnej suszy, jaka miała miejsce na przełomie wieków.

Wahania talibów w sprawie wydania Osamy bin Ladena

Po krwawych atakach terrorystycznych w USA, mułła Omar oświadczył, że ataki na USA były wydarzeniem "godnym ubolewania", dodając, że były one jednak aktem odwetu za "okrucieństwa" wynikające z amerykańskiej polityki zagranicznej wobec muzułmanów. Wśród talibów pojawiły się ogromny rozłam w sprawie tego, co należy zrobić z Osamą bin Ladenem, którego natychmiastowego wydania domagali się Amerykanie. Wśród rządzących Afganistanem narastał strach przed groźbą amerykańskiej inwazji wojskowej.

Talibowie przez pierwszy tydzień po zamachach z 11 września bawili się z Amerykanami w "kotka i myszkę". Mułła Omar - choć oficjalnie nie deklarował, że w ręce Amerykanów może zostać przekazany Osama bin Laden - w zakulisowych rozmowach za pośrednictwem swych ludzi sugerował, że może to jednak nastąpić pod pewnymi warunkami, które to zmieniały się jednak z dnia na dzień.

Z kolei mułła Abdul Salam Zaeef, ambasador talibów w Pakistanie powiedział najpierw, że talibowie stracili kontakt z urodzonym w Arabii Saudyjskiej terrorystą, a kilka dni później poinformował, że talibowie nawiązali z nim kontakt w Afganistanie, lecz nie są w stanie zlokalizować aktualnego miejsca jego pobytu.

Sytuacja stała się jasna 21 września 2001 roku. Tego dnia w Kabulu prawie tysiąc afgańskich duchownych muzułmańskich, w tym wysocy rangą wydali edykt, w którym stwierdzono, że należy przekonać Osamę bin Ladena do opuszczenia kraju. "Aby uniknąć obecnego zgiełku, a także rozwiać przyszłe podejrzenia, Najwyższa Rada duchowieństwa islamskiego zaleca Islamskiemu Emiratowi Afganistanu przekonanie Osamy bin Ladena do opuszczenia Afganistanu, gdy tylko będzie to możliwe" - stwierdzili afgańscy duchowni.

Edykt został wydany niecałe 12 godzin po tym, gdy prezydent USA George W. Bush nakazał rozmieszczenie ciężkich bombowców i innych sił w bazach w zasięgu celów znajdujących się na terenie Afganistanu. Talibowie byli wściekli na afgańskich duchownych, w odpowiedzi wydany został jednoznaczny komunikat: "Nie mamy zamiaru oddawać Osamy bin Ladena Stanom Zjednoczonym. Jest wolnym człowiekiem i może przenieść się w dowolne miejsce, ale nie zamierzamy go wydalić".

Mułła Omar nie zgodził się na wydanie Amerykanom Osamy bin Ladena twierdząc, że lider Al-Kaidy nie byłby zdolny do popełnienia tak brutalnego czynu i zarzucił Stanom Zjednoczonym, że usiłują zatuszować porażki własnego wywiadu. Stało się jasne, że talibowie i Amerykanie w sprawie Al-Kaidy nie osiągną porozumienia.

2 października 2001 r. zarówno prezydent USA George W. Bush, jak i brytyjski premier Tony Blair wydali stanowcze ostrzeżenie wobec talibów, a brytyjski przywódca dodatkowo zakomunikował władzom Afganistanu ultimatum: albo wydani zostaną terroryści, albo talibowie utracą władzę. Amerykański prezydent na konferencji prasowej grzmiał stanowczo "Powiedziałem wyraźnie, że talibowie muszą pozbyć się Al-Kaidy przebywającej w Afganistanie oraz należy zniszczyć obozy terrorystów. Albo to zrobią, albo poniosą poważne konsekwencje".

Ponadto w przemówieniu w amerykańskim Kongresie prezydent Bush powiedział, że rząd talibów może uniknąć zniszczenia, jeśli spełni pięć warunków: wyda Stanom Zjednoczonym wszystkich przywódców Al-Kaidy, uwolni z więzień wszystkich cudzoziemców, w tym obywateli amerykańskich oraz zapewni bezpieczeństwo zagranicznym dziennikarzom, dyplomatom i pracownikom pomocy humanitarnej. Kolejnymi stawianymi warunkami było zamknięcie przez talibów każdego obozu szkoleniowego dla terrorystów w Afganistanie oraz zapewnienie do nich pełnego dostępu Stanom Zjednoczonym.

Nie ulegało żadnym wątpliwościom, że talibowie nie spełnią choćby jednego z punktów postawionego dla nich ultimatum przez władze USA. Dla społeczności międzynarodowej stało się jasne, że dni rządów talibów w Afganistanie są policzone. Co gorsza dla mułły Omara i jego najbliższych, wsparcie dla Amerykanów zapowiedziały nawet rządy nielicznych krajów, formalnie uznających talibskie rządy w Afganistanie. Kilka dni po zamachach z 11 września bezwarunkową pomoc Stanom Zjednoczonym zadeklarowały władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Podobnie postąpił Pakistan - kluczowy sojusznik talibów - oferując Amerykanom przede wszystkim współpracę na płaszczyźnie wywiadowczej.

7 października 2001 r. rozpoczął się długo oczekiwany atak na talibów i siatkę terrorystyczną, prowadzoną przez Osamę bin Ladena. "Te starannie ukierunkowane działania mają na celu uniemożliwienie wykorzystania Afganistanu jako bazy do planowania przyszłych operacji terrorystycznych i zniszczenie zdolności militarnych reżimu talibów" – powiedział prezydent USA George W. Bush godzinę po rozpoczęciu amerykańskiej inwazji na Afganistan.

Amerykański przywódca w orędziu do narodu przypomniał, że talibowie wielokrotnie zostali ostrzeżeni przed dalszą współpracą z Al-Kaidą oraz zażądano od ich liderów spełnienia amerykańskich żądań, które by mogły zapobiec wojnie. "Żadne z tych żądań nie zostało spełnione, dlatego teraz talibowie zapłacą za to wysoką cenę" - stwierdził George W. Bush.

13 października 2001 r. - niespełna tydzień po pierwszych amerykańskich nalotach na Afganistan - talibowie oświadczyli, że pod pewnymi warunkami mogliby rozważyć wydanie Osamy bin Ladena do któregoś z neutralnych krajów. Prezydent USA George W. Bush stanowczo odrzucił ich propozycję, domagając się wydanie liderów Al-Kaidy bezpośrednio Amerykanom oraz zażądał natychmiastowej likwidacji obozów szkoleniowych organizacji bin Ladena na ziemi afgańskiej.

Talibowie nie byli gotowi ulec amerykańskim naciskom, choć zdawali sobie sprawę, że ich dni przy władzy w Afganistanie są policzone. Kilka tygodni później ich rządy dobiegły końca, a najważniejsi dowódcy organizacji uciekli na trudno dostępne górzyste tereny na pograniczu afgańsko-pakistańskim.

Motywacje talibów w sprawie odmowy wydania Osamy bin Ladena

Talibowie mogli uniknąć amerykańskiej inwazji na Afganistan, a przy tym utrzymać się przy władzy. Dobrze wiedzieli, gdzie ukrywa się lider Al-Kaidy, tj. w Kandaharze, w tym samym mieście w którym swoją siedzibę miał mułła Omar.

Do wydania Amerykanom Osamy bin Ladena nie doszło przede wszystkim z dość błahego powodu: przywódcy talibów obawiali się o swoje życie. Zdawali sobie sprawę z tego, że wielu zwolenników Al-Kaidy przesiąkło w talibskie szeregi, którzy z łatwością mogliby dokonać odwetu w zamian przekazanie w ręce wroga ich przywódcy.

Odmowa stawianych żądań ze strony Amerykanów nie była podyktowana jedynie obawą przed zemstą ze strony Al-Kaidy. Talibowie od kilku lat byli wściekli na Amerykanów, że bez konsultacji z nimi 20 sierpnia 1998 r. - dziesięć dni po zamachach terrorystycznych na amerykańskie ambasady w Afryce - przeprowadzony został ograniczony atak na cele Al-Kaidy w Afganistanie.

Ponadto mułła Omar i jego ludzie przez kilkanaście dni po zamachach z 11 września grali na zwłokę, mając nadzieję, że rosnąca fala niechęci do przyłączenia się lub popierania amerykańskiej akcji militarnej w świecie muzułmańskim może okazać się na tyle skuteczna, że pomimo poważnego zagrożenia ze strony Amerykanów, będą mogli jednak zachować władzę w Afganistanie. Szczególnie mocno liczono na Pakistan, swojego głównego sojusznika. Jednak po tym, gdy amerykańskie władze ogłosiły hasło "Jesteście albo z nami, albo przeciwko nam", na pakistańskie władze padł ogromny strach. Pomimo ogromnego oporu ze strony społeczeństwa, Islamabad postanowił wesprzeć Amerykanów w wojnie z terroryzmem, głównie na płaszczyźnie wywiadowczej.

Talibowie po zamachach z 11 września 2001 roku znajdowali się w sytuacji bez wyjścia. Wydanie Osamy bin Ladena w ręce Amerykanów naraziłoby ich na gniew radykalnych muzułmanów. Z kolei brak spełnienia amerykańskich żądań powodował nieuchronność inwazji wojskowej na Afganistan. Stany Zjednoczone bardzo szybko ogłosiły, że talibowie są jednym z głównych ogniw światowego terroryzmu, co nie do końca było prawdą. Talibscy przywódcy jedynie zapewniali bezpieczne schronienie przywódcom Al-Kaidy.

Dla administracji George`a W. Busha i międzynarodowej społeczności w 2001 r. nie miało wówczas znaczenia, że talibowie nie mieli nic wspólnego z krwawymi atakami terrorystycznymi w USA. W ramach ogłoszonej wojny z terroryzmem najważniejsze było rozprawienie się z organizacją Osamą bin Ladena oraz ich sojusznikami, do których kwalifikowali się talibowie.

Konkluzje po 20 latach od zamachów z 11 września

Sytuacja, jaka wytworzyła się w połowie sierpnia 2021 r., gdy talibowie ponownie doszli do władzy w Afganistanie i w ciągu kolejnych dwóch tygodni ściśle współpracowali z Amerykanami w sprawie ewakuacji ponad 100 tys. ludzi z Kabulu dobitnie pokazała, że stawianie po zamachach z 11 września 2001 r. na równi talibów i Al-Kaidy nie miało ani logicznego uzasadnienia, ani do niczego dobrego nie doprowadziło z punktu widzenia mieszkańców Afganistanu.

Owszem, Al-Kaida jest obecnie organizacją znacznie słabszą niż to miało miejsce w przeszłości i nic nie wskazuje na to, aby miała kiedykolwiek wrócić do "czasów świetności", o tyle sami talibowie są znacznie potężniejsi niż to miało miejsce w 2001 r. i prawdopodobnie zostaną zaakceptowani za przywódców Afganistanu przez znacznie większą liczbę krajów, niż to miało miejsce pod koniec XX wieku.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że po 20 latach właściwe wnioski zostaną wyciągnięte zarówno przez talibów, jak i Amerykanów, dzięki czemu świat już nie będzie świadkiem tak krwawych zamachów terrorystycznych, jak te, które miały miejsce 11 września 2001 r. oraz nie dojdzie do kolejnego niepotrzebnego rozlewu krwi, kosztującego życie setek tysięcy ludzi.